Lublin w centrum Pucka

W sumie to nie ustaliłem, czemu zrekonstruowano akurat Lublina R.XIII G ter/hydro. Zapewne w związku z tym, że maszyny tego typu dotrwały do wybuchu wojny i można go używać w modnych dziś przedstawieniach historycznych. Ale bardziej prawdopodobne, że z powodu pewnej opowieści z gatunku “ku pokrzepieniu serc”, która... nie miała miejsca.


Moja grafika na podstawie obrazu J. Wróbla prezentująca start Lublina R.XIII G ter/hydro nr 714

Puck nie jest dużym miastem. Jeśli skręcicie przy McDonaldzie, to za kilkaset metrów dotrzecie do Muzeum Morskiego Dywizjonu Lotniczego, w skrócie MDLot. To nieduży budynek, na dziedzińcu którego najprawdopodobniej zobaczycie stojącą na pływakach kopię wodnosamolotu Lublin R.XIII G ter/hydro. Choć placówka jest maleńka, to dla pasjonatów lotnictwa absolutnie obowiązkowa.

Z KART HISTORII MDLOT.
Najsamprzód warto wyjaśnić skąd i po co w ogóle wzięły się w polskim lotnictwie wodnosamoloty. Ich historia zaczyna się wraz z odzyskaniem utraconej na 123 lata niepodległości. Na terenie niewielkiego Pucka zlokalizowana była poniemiecka baza lotnictwa morskiego - Erste Seeflieger-Abteilung - w której pozostały trzy hangary, koszarowiec i pare wysłużonych hydroplanów. I Batalion Morski dotarł do wybrzeża i zajął miasto 10 lutego 1920 roku. Pierwszego dnia lipca tego roku jednostka otrzymała nazwę Baza Lotnictwa Morskiego, a dwa tygodnie później, 15 lipca 1920 roku, odbył się pierwszy lot polskiego hydroplanu nad Zatoką Pucką - najprawdopodobniej poniemieckiego, dwupłatowego Friedrichshafen F-33. 

Współcześnie lotnictwo morskie okresu międzywojnia i II WŚ kojarzone jest raczej z lotniskowcami i samolotami torpedowymi. Polacy takich na stanie nie mieli, podobnie jak i pomysłu na wykorzystanie lotnictwa morskiego w boju. Dywizjon morski podlegał marynarce wojennej i w stosunku do lądowych eskadr zawsze był niedoinwestowany. Sytuacja taka trwała aż do wybuchu wojny, o czym świadczy fakt, że w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku, kiedy wszystkie eskadry ewakuowano na polowe lotniska, Morski Dywizjon Lotniczy nie otrzymał żadnych rozkazów. Piloci samorzutnie ukryli samoloty przed pierwszym atakiem Niemców. Inna sprawa, że formalnie na stanie mieli tylko maszyny szkolno-treningowe...


Replika wodnopłatowca R.XIII G bez zamontowanych skrzydeł

O LUBLINIE SŁÓW KILKA
Choć dla wielu będzie to z pewnością kontrowersyjne zdanie, to w okresie międzywojennym - szczególnie w latach 20. XX wieku - hydroplany były głównie... atrakcją turystyczną. Pokazywano je na pocztówkach znad morza i demonstrowano na pokazach. Były rozbudzającym wyobraźnię romantycznym połączeniem lotnictwa z morzem. W praktyce nie przedstawiały jednak wielkiej wartości bojowej, najczęściej w ogóle nie były uzbrojone. Realizowały zadania łącznikowe i obserwacyjne, a niedoskonałość konstrukcji prowadziła często do wypadków. 

W poszukiwaniu odpowiednich maszyn, w 1932 roku, skorzystano z oferty Zakładów Mechanicznych Plage & Laśkiewicz, które przystosowały do lądowania na wodzie swój samolot Lublin R.XIII, montując do niego drewniane, płaskodenne pływaki i nadając mu nazwę Lublin R.XIII bis/hydro. Konstrukcja nie była zbyt udana i ostatecznie samoloty te częściej operowały ze stałych lotnisk, mając zamontowane podwozie kołowe. 

Kabina repliki Lublina R.XIII G. Do pokazów montowana jest obrotnica karabinu maszynowego zasilanego propanem.

Lepiej spisywała się wodna wersja Lublina R.XIII D, nazwana “ter/hydro”. Maszyny te wyposażono też w obrotnice dla strzelca pokładowego, który mógł prowadzić ogień defensywny z karabinu maszynowego Vickers lub Lewis na amunicję 7,92 mm. 

Wbrew informacjom udostępnianym przez niektóre portale Lubliny nie miały wyrzutników bombowych - opracowano je dla wersji R.XIII E, która jednak nie weszła do produkcji. Ale bomby zrzucano - były to ważące 12,5 kg ładunki, których z kabiny ręcznie pozbywał się obserwator. Rozwiązanie to pochodziło jeszcze z I wojny światowej i wymagało dużej ostrożności. 

Znany jest przypadek takiego zrzutu bomb podczas Święta Lotnictwa Morskiego, 15 lipca 1922 roku. Do tego celu wykorzystano hydroplan Lübeck Travemünde F-4, a w fotelu obserwatora i bombardiera zasiadł urzędnik wojskowy o nazwisku Witkowski. Podobno wprosił się do tej funkcji, chwaląc się doświadczeniami z czasów wojny. Zrzucił trzy bomby, z czego dwiema udało mu się nawet trafić w morze. Za to trzecia poszła prosto w tłum widzów, zabijając dwie osoby. Zarówno “urzędniczy bohater” jak i pilot zostali usunięci z wojska i skazani na 4 miesiące więzienia.

Ale wróćmy do samego Lublina R.XIII. Od początku nie była to rewolucyjna konstrukcja - dwumiejscowy, zastrzałowy górnopłat (parasol) o konstrukcji mieszanej. Miał płat prostokątno-eliptyczny, drewniany, kryty sklejką do przedniego dźwigara, a dalej płótnem. Kadłub miał formę kratownicy spawaną z rur stalowych i również pokryty był płótnem. Obie kabiny były otwarte. Osiągi nawet wówczas nie wzbudzały zachwytu - prędkość maksymalna na poziomie 185 km/h i zasięg w granicach 600 km. W przypadku obciążonej pływakami wersji “hydro” było jeszcze gorzej - prędkość maksymalna 175 km/h, natomiast zasięg ograniczony do 450 km, i to w optymalnych warunkach pogodowych. 

Złożone na czas magazynowania skrzydła makiety w Muzeum MDLot.

Jednak wybór Lublina podyktowany był innymi względami. Po pierwsze, mógł wejść do służby szybko. Po drugie był produkowany w Polsce. Po trzecie zaś, dzięki prostocie konstrukcji, był trwały i łatwy w pilotażu. Pozwalało to zakwalifikować go jako samolot przejściowy, przeznaczony do szkolenia załóg do czasu zakupu w pełni wartościowych wodnosamolotów. Ale jak wiadomo, prowizorki są najtrwalsze.

Słabe osiągi dały o sobie znać w 1936 roku - wtedy to dywizjon stracił większość Lublinów “ter/hydro” w zadziwiających okolicznościach. Podczas pełnomorskich ćwiczeń z udziałem lotnictwa wysłano nad Bałtyk sześć Lublinów. Nie wrócił żaden - wszystkie zmuszone były wodować. Powód był prozaiczny - planiści sztabowi nie uwzględnili siły i kierunku wiatru, który spowodował, że w hydroplanach zabrakło paliwa. Załogi uratowano, jednak podczas holowania wszystkie Lubliny zatonęły na wysokiej fali.

Na stanie MDLot. zostały maszyny w wersji “G”, dokładnie takiej, jaka dziś stoi na dziedzińcu muzeum. Technicznie różniły się nieznacznie od starszych braci, a wizualnie głównie osłoną silnika. Przed wojną samoloty te stały się znane dzięki udziałowi w “wyciskaczu łez” - pełnometrażowym filmie “Rapsodia Bałtyku”. To właśnie z tego filmu pochodzą jedyne, zachowane dziś zdjęcia wodnopłatowców R.XIII G w locie. Widać w nim również maszynę o numerze bocznym 714, która do dziś uznawana jest za najsławniejszego Lublina kampanii wrześniowej. Niezupełnie słusznie.

Kadr z filmu "Rapsodia Bałtyku" (1935)

FAKTY & MITY
Otóż po Polsce krąży opowieść, jakoby nocą z 7 na 8 września 1939 roku załoga Lublina nr 714 w składzie por. pil. Rudzki oraz por. obs. Juszczakiewicz ostrzelała i zbombardowała Niemców świętujących w Gdańsku zdobycie Westerplatte. Jak się okazuje, jej autorem był pilot Rudzki, który wojnę spędził w oflagu, a po wojnie dawał odczyty o walkach wrześniowych. Pracownik Muzeum MDLot. z którym miałem okazję rozmawiać przyznał, że on i jego koledzy próbowali uzyskać o tym nalocie jak najwięcej informacji, ale to, co ustalili, nie bardzo pokrywało się z wersją oficjalną. 

Lot tej załogi rzeczywiście miał miejsce. Zadaniem było rozpoznanie sytuacji na Westerplatte. Za jego niezwykłym przebiegiem przemawiały relacje pilota i mechanika, który twierdził, że załadował do kabiny zarówno amunicję do km-u, jak i 12,5 kilogramowe bomby, a samolot wrócił już bez nich. Przeciw jednak dowodów jest dużo więcej - przede wszystkim po latach sam Rudzki w prywatnych rozmowach przyznał, że nie było tak, jak opowiadał. Najprawdopodobniej historię tę wymyślił, żeby jego opowieść “kombatanta” była ciekawsza. O samym wydarzeniu nigdy nie wspominał Juszczakiewicz, a ponadto w źródłach historycznych brak jest danych o większej liczbie zgonów w Gdańsku, które byłyby wynikiem zrzucenia w tłum bomb. I najważniejsza sprawa - Niemcy na pewno szukaliby załogi, która dokonała tego nalotu. A obydwaj lotnicy, pod swoimi nazwiskami, przebywali w oflagu. No i przeżyli, a zapewne Niemcy po prostu by ich zlikwidowali. Po prawdzie, to trudno uznać za "bohaterski wyczyn" ostrzelanie nieuzbrojonych cywilów...

Udokumentowana jest za to interwencja wobec niemieckiego sterowca LZ-130 “Graf Zeppelin II”, dokonana na tej właśnie maszynie (714), ale przez załogę w składzie por. obs. Tadeusz Jeżewski i bos. pil. Edmund Piotrzkowski. Sterowiec latem 1939 roku prowadził loty widokowe do Prus Wschodnich, raz po raz zbliżając się do polskich umocnień. Kiedy podczas jednego z przelotów zbliżył się do Helu, “nadział się” na pełniącą dyżur załogę wspomnianego wodnosamolotu. Do otwarcia ognia nie doszło, ale gwałtownymi manewrami i pozorowanym atakami z lotu nurkowego pilot zmusił sterowiec do zmiany kursu i odejścia od polskich linii obronnych, które najpewniej chciał sfotografować.

Ponadto lotnicy MDLot. wielokrotnie dokonywali udanych wypadów poza granicę Niemiec, przynosząc cenne informacje wywiadowcze. I ani razu nie dali się na tym przyłapać. To między innymi dzięki ich odwadze polski wywiad dysponował dokładnymi informacjami o przygotowaniach Niemców do ataku na Polskę.

Stojąca w Muzeum MDLot. przy ulicy 10 lutego 36 w Pucku makieta Lublina R.XIII G ter/hydro nr 714 nie stanowi dokładnego odwzorowania oryginału. Po prostu brakowało dokumentacji i wiele elementów odtwarzano na podstawie zdjęć. Ambitnie zainstalowano w niej silnik gwiazdowy z samolotu PZL 104 “Wilga”, ale nie jest uruchamiany, gdyż jego drgania mogłyby negatywnie wpłynąć na konstrukcję. Sprawne są za to pływaki, dzięki którym samolot może być holowany po wodzie. To naprawdę niezwykły widok, szczególnie dla pasjonatów lotnictwa - z pewnej odległości można mieć wrażenie prawdziwego przeniesienia się w czasie. Podobnie jak w przypadku oglądania kołującej “Jedenastki” z Muzeum Lotnictwa w Krakowie czy makiety bombowca PZL-37B “Łoś”. Może z czasem doczekamy się latającej kopii Lublina R.XIII, jak również pozostałych maszyn z września 1939. Ja w każdym razie bardzo na to czekam. 

W replice zamontowano silnik z samolotu PZL 104 "Wilga"

O szczegółach zwiedzania ekspozycji Muzeum MDLot. dowiecie się więcej z ich strony internetowej: http://www.mdlot.pl

Piotr Maciejczak (Redaktorek)

Pozostałe zdjęcia repliki z Muzeum MDLot.:







Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czekają, aż się zawali

Czerniakowska ostoja grążela żółtego

Poddźwiękowy fagot z Warki